Menu

Wena, Honda, Nismo...

... i wszystko jasne

Dlaczego warto badać?

wenabc

Dzisiaj troszeczkę mojego prywatnego zdania na temat profilaktycznych badań ortopedycznych i obrazowych u psów, które robią w życiu coś więcej niż spacerek wokół bloku ;)

Nadal dość często spotyka się przypadki, kiedy w dość późnym wieku diagnozuje się u psów sportowych/aktywnych/pracujących problemy przewlekłe - dysplazje, zmiany zwyrodnieniowe, dawne urazy czy inne dysfunkcje widoczne na "zwykłych" zdjęciach rentgenowskich. Z reguły w chwili kiedy występują uciążliwe objawy, utrudniające psu pracę, zmiany są już dalece posunięte i często wyjściem jest tylko leczenie operacyjne, często połączone z całkowitym wyłączeniem psa z pracy.
Tymczasem diagnozując problem na początkowym etapie, często możemy znacznie spowolnić rozwój choroby i wydłużyć psu szczęśliwe, bezbolesne życie :)

Dlaczego uważam, że powinniśmy zafundować psu podstawowe badania obrazowe najpóźniej tuż po zakończeniu okresu wzrostu?
Dlatego, że wymagamy od psa postępów szkoleniowych, ładnej techniki skoku, skuteczności w łapaniu, wytrzymałości, zwinności, skrętności..... [wstaw wymagane przez siebie cechy Twojego aktywnego towarzysza]. Chcemy postępów szkoleniowych, chcemy wspólnej radości, wielu lat aktywności, chcemy startu w zawodach/długich wycieczek/nowych sztuczek/wysokich skoków. Wydajemy pieniążki na super szkoleniowe akcesoria, seminaria, treningi. SUPER. Ale uważam, że mamy też obowiązek wydać pieniążki i sprawdzić czy wnętrze naszego psa jest zdolne do sprostania naszym wymaganiom!
I nie róbmy zdjęć po to, żeby wpisać psu do rodowodu wynik HD-A, ED 0-0. Zróbmy zdjęcia po to, żeby dowiedzieć się jak wyglądają stawy naszego psa. Wykonajmy je u kompetentnego weterynarza, który pracuje na aparacie dobrej jakości i skonsultujmy je z dobrym ortopedą, który przyjrzy się wszystkim szczegółom i obmaca naszego kochanego pieska.
Uważam, że podstawowym zestawem powinny być biodra, łokcie, barki i boczne zdjęcie kręgosłupa. Jeśli ktoś ma ochotę można się zagłębić w nadgarstki, kolana i skoki.
I NIE, to że pies NIE kuleje, NIE oznacza, że jest zdrowy i nie należy go badać. Nie każda dysplazja czy zmiana w stawie daje swoiste objawy. Ba, diagnozy ostatnich lat wśród sportowych psów pokazują, że często NIE dają objawów. Psy zrobią dla nas wszystko, bo tego je uczymy w procesie treningowym!
Jeśli nasz pies ma problem z jakimś zadaniem (spotkałam już problemowe "wiewiórki", siady, skoki, ciasne skręty...) może to wskazywać, że jego ciało ma problem z danym ruchem i jego organizm próbuje sobie z tym poradzić wykonując ten ruch inaczej (źle ustawia łapy, wolno siada, brzydko skacze, szeroko zakręca).
A jeśli zrobicie pełną sesję rtg i okaże się, że wszystko jest w porządku.... to SUPER! Gratulacje z powodu posiadania zdrowego psa i super materiału na przyszłość (TAK, należy chomikować dokumentację medyczną!).
Poproś o zdjęcia na płycie, schowaj płytę do szuflady i użyj kiedy będzie potrzebna :)

honda_biodra_S0_I0

Dlaczego dobre zdjęcia pokazujące zdrowego psa mogą się przydać w przyszłości?
Jeśli za rok, dwa, trzy u Waszego psa wystąpi jakaś kontuzja, pies będzie w trakcie diagnostyki jakiegoś schorzenia, dawne zdjęcia mogą być nieocenione, ponieważ można je porównać.
Każdy organizm jest inny. Dysfunkcje to odchylenia od normy. Mając zdjęcia swojego zdrowego psa, macie zdjęcia normy. Albo zdjęcia, które pozwolą określić czas wystąpienia problemów.
Na dodatek mając zdjęcia zdrowego psa... macie czyste sumienie :) 

 

"Jego rodzice mają A, on też będzie zdrowy!" 
Hmmm... NIE. Tzn, może tak być i tego Wam jak najmocniej życzę! Ale zdrowi rodzice to żadna gwarancja. Gdyby to było takie proste to ortopedzi nie mieliby co robić ;) Choroby stawów nie dziedziczą się jak CEA czy PRA, gdzie wykonujemy test genetyczny i już wiemy co nasz pies może przekazać dalej.
Sensowne badania wskazują, że dziedziczne są określone cechy anatomiczne czy fizjologiczne, które powodują skłonności do wystąpienia danego schorzenia. 
Na dodatek zawsze w grę wchodzi czynnik ludzki - to, że mam/babcia/dziadek naszego psa ma wpisane w papiery HD-A, nie oznacza, że inny weterynarz wpisałby to samo. Ba, dość często mówi się, że w Polsce oceny są BARDZO łagodne i mamy "przerażające" ilości psów z "doskonałymi" stawami.
OCD, tak popularne ostatnio wśród border collie, to w ogóle inna bajka. Jakiś czas królowała teoria, że jak pies trenuje, ma kilka lat i nie kuleje to na pewno "jest ocede fri". Niestety ostatnie lata pokazują, że to nie prawda. Ale to temat na zupełnie osobny wpis.
Z perspektywy hodowcy również mogę co nieco na ten temat powiedzieć (tak, mimo że wyhodowałam psa z OCD uważam, że podłoże tej choroby w dużej mierze JEST GENETYCZNE), bo niestety mimo najlepszych chęci nie wszystko da się przewidzieć (i biodra są tu akurat najmniej ważne w naszym przypadku).

Więc.... badajmy. Nawet jak nie mamy podstaw do tego, by sądzić, że coś jest nie w porządku. Po prostu potwierdźmy, że mamy zdrowego psa.

 

Okres rozwoju.

Prześwietlając psa tuż po zakończeniu wzrostu, dodatkowo możemy z pomocą weterynarza określić czy u naszego sportowca zamknęły się już płytki wzrostowe w kościach długich. Wszystkie alarmy i uwagi odnośnie rzeczy zakazanych dla szczeniąt dotyczą w dużej mierze tych istotnych miejsc w kościach. Wielu zoofizjoterapeutów twierdzi, że dopóki nie potwierdzimy zamknięcia się płytek wzrostowych, nie powinniśmy poddawać naszego psa nadmiernemu wysiłkowi (np. skokok powyżej wysokości łokcia psa). 

Ostatnio na fejsbukach krąży fajne porównnanie koścca szczeniaka i dorosłego psa.
szczeniak_kosci

 

Najważniejsze są biodra. 
Znów niestety ostatnie lata pokazują, że NIE. Wszelkie mądre, zagraniczne źródła podają, że statystycznie najczęściej kontuzjom ulegają przednie łapy. Zła budowa anatomiczna, delikatna dysplazja łokciowa, stary uraz i poważne problemy gwarantowane :(
Ostatnio też niestety coraz częściej diagnozuje się problemy kręgosłupowe. Ba, nawet w trakcie konsultowania przypadku Hondzi kilka razy usłyszałam, że "border koli tak mają często, prosze pani".
Na dodatek problemy z "przednim zawieszeniem" często nie objawiają się wyraźną kulawizną. Bywają psy, które unikają ciasnego zakrętu, unikają skoku (bo będą musiały lądować) czy są po prostu "sztywniejsze".
Zachęcam do obejrzenia również wnętrza przedniej części ciała Waszego psa :-)

 

Promienie rentgenowskie są szkodliwe, bez sensu prześwietlać psa jak nic się nie dzieje.
Technika idzie naprzód! Nowoczesne aparaty emitują dużo mniejsze dawki promieniowania. Założenie jest takie, że używa się najmniejszej możliwej dawki promieniowania, żeby uzyskać dobry obraz.
Oczywiście, że nadal to rtg, ale jednak stosując zasadę "mniejszego zła", ryzyko jest tak małe, ze warto je podjąć, żeby zobaczyć co się kryje w środku naszego psa.
Największym ryzykiem jest sedacja psa podczas zdjęć (tak, zdjęcia bioder powinny być w znieczuleniu, żeby napięcie mięśniowe nie zmieniło obrazu zdjęcia). Warto więc od razu zrobić chociaż ekg, żeby z czystym sumieniem "zwiotczyć" naszego psa.
Dodatkowo jeśli jesteście bardzo "uczuleni" na fakt naświetlania i znieczulania Waszego psa, polecam od razu udać się do dobrego ortopedy. Niestety często chcąc przyoszczędzić (podobno to poznańskie :P) lub nie nadrabiać kilometrów, wybieramy się do 'pobliskiego' weta, który po prostu ma rentgena. Niestety najczęściej wychodzi nam to bokiem ;-)
Chcemy skonsultować potem te fotki i okazuje się, że większość z nich nadaje się tylko i wyłącznie do powtórzenia (złe parametry, złe ułożenie, poruszone, złej jakości, itp). No i nici z oszczędności, musimy za fotki zapłacić drugi raz, z reguły wtedy już u "droższego" weterynarza.
My się już (oczywiście na własnych błędach :D) nauczyliśmy, że lepiej odłożyć kasę i wybrać się nawet kilkaset kilometrów, ale od razu mieć prawidłowe zdjęcia, opis, kontrolę i ewentualną diagnozę. Niestety ludzie najczęściej się o tym przekonują dopiero wtedy, kiedy dotyczy to ich własnego psa i portfela ;-)

 

Nie jestem weterynarzem. Więc tym samym zakończę ten subiektywny wpis :-) (zawiera on moje zdanie, na bazie moich doświadczeń i obserwacji).
Jeśli któryś aspekt wymaga rozwinięcia - nie ma problemu. 

Życzę Wam pięknych fotek i zdrowych piesków! :-)

pieski

Sezon 2015 i ile siedzi w naszej głowie?

wenabc

 

W tym roku nie udało mi się napisać porządnej relacji z żadnych zawodów frisbee, w których braliśmy udział, więc postanowiłam w jakiś sposób podsumować ten sezon, żeby jednak nie odszedł w niepamięć.
Mimo braku technicznego rozkwitu (gdzie ten mój zapał i moje uniesienie po finale 2014...) dochodzę do wniosku, że nauczyłam się kilku niezwykle istotnych rzeczy, a jak wiadomo z własnych doświadczeń i błędów wynosi się najwięcej ;-)
 

Tak jak już pisałam w poprzednich postach nasz tegoroczny sezon rozpoczął się od perypetii zdrowotnych Hondzi. Dokładnie miesiąc przed pierwszymi zawodami w sezonie, Hondzia miała epizod bólowy, po którym nastąpiła diagnostyka i pierwszy etap leczenia.
Zawody we Wrocławiu, początek czerwca, Hondzia cały miesiąc siedziała samotnie w pokoju, mimo że to z nią wiązałam duże nadzieje w tym sezonie. Wena miała we Wrocławiu mieć jeszcze „wolne”, ale zdecydowałam się startować, no bo z kim miałam sobie pohopsać jak nie z moją niezawodną Wełną.

 

Ale nie muszę chyba mówić czym była zajęta moja głowa ;-) Ciągle jakiś żal, że Hondeczka taka biedna, ale co nas nie zabije to nas wzmocni i miałam nadzieję, że odbijemy sobie z Hondą w drugiej połowie sezonu! Wena jak zwykle niezawodna, ale zdecydowanie nie było TEGO CZEGOŚ, bo... no właśnie, bo co?
Ładnie poszedł nam niedzielny freestyle, ale łączna przeciętność dała 10 miejsce w Super Open. Mimo wszystko pamiętam, że jakoś byłyśmy zadowolone i podbudowane :)

Zaczął się szaleńczy wir uczelni, seminariów, treningów i już za chwilę, już za momencik nastało DCDC Poznań! Nastroje dużo lepsze! Hondzia w świetnym stanie, nadal oczywiście bez startów, ale już w trakcie pląsania i intensywniejszej rehabilitacji :-)
Nasze starty z Weną nadal mocno przeciętne, ale już sprawiało mi to dużo więcej radochy i „wkręciłam” się jak zawsze!
Też ostatecznie 10. miejsce w Super Open, ale jakoś mam poczucie, że było zgrabnie!

 

Później nastał czas wspaniały i pełen radości!
Najpierw nasz obóz w Annówce, gdzie Hondzia nieśmiało odbyła pierwsze sesje frisbeee. Wena w super formie, Nismo wyleczył nadgarstek (który zdążył sobie w międzyczasie popsuć). Chwilka odpoczynku w Poznaniu i obóz z Lucką i Vercią, czyli czeskie kokszenie :)
Czas BARDZO pozytywny! Podczas tego obozu sesje frisbee zaliczyly wszystkie trzy włóczniki. I oczywiście najbardziej cieszył mnie najzwyklejszy w świecie toss&fetch Panny Hondeczki! Wena w tym roku również była czynnym uczestnikiem i jak zwykle nie zawiodła, a ja dowiedziałam się, że widać znaczną różnicę w moich rzutach. No cudownie!
 

Po tym frizbimaratonie wyjechaliśmy sobie na wieś. Świat był piękny i wspaniały :) Cztery śmigające psy w dobrej formie, mniejsze upały niż w mieście, staw pod domem, intensywne życie i jeszcze intensywniejszy odpoczynek!! Nismo rozpoczął nauke slalomu, Honda zrobiła swoje pierwsze flipy od wiosny, Wena zasuwała jak młoda kuna!
W okolicach 20 lipca bezwzględnie porzuciłam swoje wszystkie psy i ruszyłam na kilkanaście dni bezpsich. Maciek dzielnie sprawował opiekę nad naszym stadkiem, a ja zazywałam relaksu (taaaaa, ahaaaa) na obozie awf-owskim. Z drugiego końca Polski od Macka docierały same pozytywne informacje, które głosiły, ze Honda jest najbardziej niezawodnym psem podczas wiejskich treningów frisbee :)) Wieści głosiły też, że forma psów ciągle rośnie i czują się świetnie! Ja na obozie dostałam nieźle do wiwatu i wróciłam okropnie zmęczona fizycznie, ale też przeokropnie wypoczęta i naładowana psychicznie!
GOTOWOŚĆ DO WALKI +500!!
A dlaczego? Dlatego, że wracałam niemal prosto na zawody w Sopocie – Dog Games, gdzie... TAK, TAK! … startowała też Hondeczka!
Podczas pobytu na wsi konsultowałam się na bieżąco z prowadzącą nas Mądrą Panią i dostałyśmy zielone światło nawet na slalomowanie, bo forma mojego sportowca była bez zarzutu!
Zgłosiłam więc Hondę do toss&fetch i wyścigów AgiRaces. Wena startowała tradycyjnie w Super Open.
I TO BYŁO TO!
Moja głowa była na doskonałym miejscu. Honda trzaskała toss&fetcha niezawodnie i wykręciła najlepszy czas na slalomowych wyścigach (poniżej 10sekund) zdobywając złotą statuetkę :)
Miało to wszystko niesamowity wpływ na nasze starty we frisbee :) Mimo śmiesznego wyniku na toss&fetchu poszalałyśmy sobie fristajlami (niedziela – 36,40!) i zajęłysmy z Weną 4te miejsce, jednocześnie kwalifikując się na Finały Światowe USDDN w USA!

Czułam moc, czułam radość i satysfakcje! :) Dodatkowo Hondeczka wzięła udział w krótkim pokazie technik freestylowych będąc.... nooo, będąc HONDECZKĄ

Z wielkim bananem na twarzy, z wielkim serduchem i rumianymi polikami wracaliśmy z Sopotu naładowani tajną mocą! NO TERAZ TO JUŻ MUSI BYĆ SUPER, na finale będzie najbardziej super na świecie!!!
Frizbi, treningi, bieganie, śmiganie, nowe rzuty, podbijemy świat, a przyszły rok to już w ogóle!!

I potem następuje wielka czarna otchłań.

Psy odespały zawody i okazało się, że Hondeczka znów nie wskakuje na łóżko, a wchodzi na nie po jednej nóżce. Strach, wyrywanie włosów z głowy, odcięcie treningów. Musiałam jednak trochę udobruchać swoją głowę, bo byliśmy na drugim końcu polski, a Hondzia z dnia na dzień czuła się lepiej. W drugiej połowie sierpnia już w ogóle było super świetnie, zero problemów, ale moja głowa nie była spokojna. Umówiłyśmy się więc do naszej Mądrej Pani Doktor i postanowiłyśmy zrobić rezonans magnetyczny, zeby potwierdzić raz na zawsze wyzdrowienie Hondeczki i uwolnić umysł (w badaniu klinicznym nic nie wskazywało na problem pacjentki).

Nastał ten dzień 24/08. Diagnoza, rokowania, wyrok. Płacz, łzy i koniec świata. Milion myśli co zrobiłam źle, gdzie zawiniłam, co by było gdybym inaczej poprowadziła nasze życie (bo Hondeczka żyje tym co robi ze mną).... O tym mogłabym napisać dziesięć osobnych wpisów, ale poprzestańmy na tym, że dla Hondeczki to koniec tego co kochała, czym żyłyśmy.

A tutaj psikus! Za półtora tygodnia kierunek Warszawa i Finał Krajowy DCDC. Dziesiąta edycja. Uniesienia, wspomnienia, niezawodna Wena.  Na dodatek podczas wizyty weterynaryjnej u Mądrej Pani w sierpniu dowiedziałam się, że Wena jest w ŚWIETNEJ KONDYCJI i nic praktycznie nie wskazuje na jej wiek, a już na pewno nie jej układ ruchu! Probowałam nawet trenować. Próbowałam się cieszyc tymi zawodami. Próbowałam sobie wmówić, że damy radę.
I nie dałyśmy. To były jedne z najgorszych startów w moim życiu. Wena starała się jak mogła, ale nie jest głupia, jest włócznikiem, ma swój (najwspanialszy na świecie) wrażliwy umysł, który uwielbiam!!! Zrobiła „normalnie” 3 rundy. Pracowała, biegała, kibicowała swoim dzieciom, była ze mną, spełniała swoje zadania. Ale niestety naszych głów nie da się oszukać ;) Po pierwszym fristajlu myślałam, że sobie wmawiam, ale jak z ust znajomych padają slowa „ej, cos się stało? To nie był Twoj normalny fristajl!” to znaczy, że innych też nie oszukasz.
Więcej niezłapanych dysków niż zwykle, bałagan w połączeniu elementów, spięcie i brak dzikiej radości.
Nawet nie wiem ile zdobyłyśmy magicznych punktów i które miałyśmy miejsce :) Wiem, że jestem strasznie słabym sportowcem jeśli chodzi i mentalność i ogarnięcie swojej głowy. Teraz wiem to doskonale!
Wystarczy jedna rzecz, która siedzi w mojej głowie przez cały sezon i nie jestem w stanie zaliczyć satysfakcjonującego występu. Kocham moje wrażliwce, uwielbiam jak udziela im się moje pozytywne podniecenie i jak startują najlepiej na świecie, bo JA JESTEM ZADOWOLONA. Ale druga strona medalu jest taka, że jak ja przeżywam to przezywamy to RAZEM :)
 

We wrześniu wybraliśmy się z Hondzią na konsultację do Brna i to oczyściło nasze głowy. Okazało sie, ze jeszcze całe fajne życie przed nami!:) Niestety niezbyt dobrze na moja głowę wpłynęła postawa pana doktora odczytującego rezonans, na szczęście pozniej konsultowaliśmy sie z trzema innymi lekarzami i w efekcie jak zwykle zdania sa podzielone. Na szczęście Honda nadal niezmiennie CZUJE SIE SWIETNIE, co jak na razie potwierdza ścieżkę która idziemy! Na dodatek, no prawda jest taka, że czas leczy rany, psychiczne tez :P Wena wzniosła się na wyżyny swojej formy, Nismo rozwinął się szkoleniowo, a moje priorytety stały się znacznie zdrowsze i wiem, że wiele dobrego przed nami.
W momencie, kiedy dostałam jasne zalecenia i ktoś poukładał mi w głowie co się dzieje w plecach Hondy i co może się dziać dobrego w jej życiu, czarna otchłań poszła sio!
Mam nadzieję, że przed Weną jeszcze kolejny sezon we frisbee! A potem? Potem się zobaczy :)

Jest DOBRZE!

PS. Dziękuję wszystkim, którzy dawali znaki bycia z nami, którzy musieli mnie znosić na koniec sierpnia i bez których nie wykluczam, że bym się zapadła z tym całym "super psim światkiem"! Buziaki od naszej ekipy!

PS2. Ogromnie dziękuję autorom zdjęć z tego posta. Zawsze niesamowicie cieszą mnie zdjęcia z pierwszy startów moich psów, teraz dowiaduję się jak cieszą te z ostatnich!

© Wena, Honda, Nismo...
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci