niedziela, 13 maja 2012
Kiedy myślisz....

Kiedy myślisz...

- ... że wiesz dużo
- ... że jesteś doświadczonym właścicielem border collie
- ... że nie jesteś właścicielem border collie, ale na pewno dasz sobie radę
- ... że widziałeś wiele typów border collie i mało rzeczy Cię zdziwi
- ... że znasz rodziców swojego szczeniaczka, a jego matka nie ma przed Tobą tajemnic
- ... że jesteś panem genetyki i wyhodujesz sobie to co oczekujesz
- ... że idzie każdego borderka zaszufladkować wg jasnych reguł

 

.... to wypożyczę Ci Hondzię na kilka dni ;D

Kiedyś wydawało mi się, że borderki nie szczekają, a te co szczekają to nie myślą. Wydawało mi się, że żeby piesek się czegoś nauczył i wyciągał wnioski to powinien poruszać się wolniej niż na etapie kiedy już daną rzecz umie.
Wydawało mi się, że nie wytrzymałabym gdyby mi piesek szczekał podczas pracy.
Wydawało mi się, że bardzo pobudliwym psom trudno się klika bardziej skomplikowane rzeczy.
Wydawało mi się, że różnie być może, ale ogólnie to raczej przewiduje wszelkie (również te mniej pożądane) ewentualności odnośnie mojego następnego borderka.

Moje podejście zostało zweryfikowane, a mój uporządkowany świat runął doszczętnie :P

 

 

Ciągle mnie zastanawia to jak jednocześnie można być tak idealnym, spełniającym oczekiwania i wyczepistym szczeniaczkiem, a z drugiej strony mieć tyle niespodziewajek w sobie.. :-)
Jak można być tak narwanym, szalonym i szczekającym osobnikiem i tej swojej szalonej osobowości tak ogarniać się podczas "pracy"? Nie wiem. To kłóci się z moim wcześniejszym bordero-poglądem :P

 

Jestem jeszcze bardziej ciekawa co z tej małej cholery ma wyrosnąć ;D

 

Powszechnie wiadomo, że geniusze są bardzo specyficzni i nie zawsze łatwi w życiu codziennym :P

 

Dziękujemy Marysi Woźnej i Agnieszce Marcjasz za zdjęcia z tej notki!

 

 


środa, 02 maja 2012
DCDC Chorzów 2012

DCDC Chorzów, czyli pierwsze zawody z tej serii w tym roku. Ja w Chorzowie nigdy nie byłam (za to mój pies i owszem, frizbował tam już kiedyś), dlatego za punkt honoru postawiłam sobie to, żeby jednak tam dojechać!

W sumie nie wiedziałam czy warto. Wena ostatnio uprawiała wszelkie sporty na zasadzie "jadę na zawody, ale nie startuję", a JJ uprawiał dogfrisbee na zasadzie "faza dżejka, hejka hejka" :P Dla niewtajemniczonych "faza dżejka" oznacza nie myślenie, nie łapanie, odbijanie nosem, zębami, pełzanie zamiast biegania po pierwszej minucie, niemożność zrobienia ładnego overa, itp :P

No, ale cóż jedziemy!

Zawody rozpoczęły się rundą toss&fetch z Weną. Pierwsza runda, pierwsze rzuty i... ups :P
przerzuciłam dysk obok na pole, gdzie były freestyle startersów. Wena pełna zapału poleciała na to pole, podleciała do team'u robiacego freestyle, zakosiła im jeden z ich dziesięciu dysków i chciała go przynieść do mnie. Mega czad i odlot. Dobry początek zawodów 8)
Toss&fetch JJa na 16,5 punkta co dało mi nastawienie, że Pan JJ już popracował na tych zawodach i nasz freestyle będzie relaksem w fazie dżejka :P

Ale, ale!

Przyszła pora na openowe freestyle. Najpierw Pani Włóczasa.
Filmik mamy tutaj (dzięki niezastapionej Agacie!!): 

Byłam niesamowicie dumna z Weny, że dała rade te pełne dwie minuty jednak być ze mną i na koniec freestyle'u tak się spiąć, że wtedy wyszło nam wszystko :)
Widać na tym filmiku np. niezłapany passing, który jest niezłapany kompletnie nie w stylu Weny. Ona wierzy, że da radę, ale niestety czasem zdarza jej się przeliczyć i jej ciałko stara się przypomnieć o tym, że urodziła 10 włóczników ;-)
Przy niezłapanym passingu Wena była wolnym klopsem, jak na siebie. Wyraźnie brak sukcesu kilka razy z rzędu spowodował, że przestała wierzyć, że da radę. Wtedy musiałam zmodyfikować nasz freestyle i rzucić jej dookoła świata, które kocha. Pozwoliło jej to troszkę się rozbujać, upewnić w tym, że jest geniuszem i dalej poszło :)
Jeszcze duuużo pracy przed nami, żeby Wena prezentowała formę choć zbliżoną do tej sprzed ciąży.

Tak więc nie był to zdecydowanie freestyle na miarę możliwości Weny, ale zrobienie tego freestyle'u oznaczało, że Wena oficjalnie powróciła na zawody frisbee!
I podczas tego freestyle'u nastąpiła historyczna chwila...

w piątym (!!) roku moich startów z Weną na frisbee po raz pierwszy (!!) zrobiłam na freestyle'u z Weną zwykłego, klasycznego leg vaulta :D Po kilku latach wreszcie do tego dojrzałyśmy, a ja nauczyłam się go rzucać!

jest to historia o tym, że freestyle na frisbee nie oznacza konieczności robienia takich vaultów z psem. Kiedyś nawet robiłam tego leg vaulta na treningach, ale samo przepełznięcie/przebiegnięcie psa po naszej nodze nie oznacza, że to był leg vault. Zadziwiające ile trudu może sprawić jeden element, który robi tyle osób i który jest tak popularny. Ile czasu musiało upłynąć zanim mój mózg zrozumiał JAK to powinno wyglądać :)
Vaulta zrobiłam jednego, na jednym tylko freestyle'u a zdjęć mamy tyle,że hoho :D

Potem nastąpił freestyle Dżej Dżeja i... kolejne niesamowicie miłe zaskoczenie :))) Wyszło co najmniej dobrze biorąc pod uwagę możliwości JJ'a! Na dodatek nowy "mjuzik" zrobił furorę :P
Filmik, czyli Ja i Mój JJ:

 

Dżej mimo upału był bardzo dzielnym pieskiem. Troche klops z tymi niezłapanymi flipami, ale drugi freestyle był dużo lepszy, wiec mu wybaczam!
JJ ogarnia co znaczy over:



I vault!

Ja bardzo lubie takie zdjęcia jak to poniższe, bo na nich widać, że to praca zespołu :)

 

Toss&Fetch Weny liczony do freestyli był mocno przeciętny, ale z jednym ładnym rzutem. Łącznie 12,5 punkta. T&F JJa do freestyli też średniawy - 9,5 punkta.
Ale oba psy łapały i chwała im za to :-)

Ostatecznie po pierwszym dniu Wena w Openach była piata z drugim najlepszym freestylem (po Karolinie i Javie), a JJ chyba dziesiąty. JJ był również chyba ósmy w toss&fetch, wiec miałam oba psy w TOP10 Super Open i jednego psa w TOP20 Super Pro toss&fetch :)

Fajnie, że tak się stało, ale oznaczało to też, że przez pół dnia nic nie robimy, a potem w krótkich odstępach czasu musimy spiąć tyłki kilka razy z rzędu ;)
Najpierw toss&fetch JJ'a - 16 punktów!! Ostatecznie JJ zajął 7 miejsce w Super Pro i zakwalifikował się do Finału Krajowego!
Potem openy i ... strach. Zaczęło TAK WIAĆ, że bałam się rzucać ;-)
Z JJem freestyle wyszedł kosmicznie dobrze. Pierwszy raz w życiu Dżejko miał wyższe execution (skuteczność/łapalność) niż Wena!! Ponad 8 punktów (co oznacza prawie 90 % złapanych dysków :D).
Ale rzucenie floatera obok siebie, który odfruwa w kosmos niezapomnaine...
Wena nie miała tak dobrze... U niej wiało tak, że poległyśmy niestety.
Wiatr vs. Paula&Wena
1:0
W efekcie Wena miała niskie execution i wiele rzeczy nam nie wyszło. Np. rzucam sobie overa nad głową, a on odlatuje 5 metrów w bok, urocze :-)
No, ale ostatecznie:
- Wena obroniła swoją pozycję w Super Open i zajęła 5 miejsce oraz uzyskała Kwalifikacje do FInału Krajowego.
- JJ zajął w Super Open 7 miejsce oraz uzyskał Kwalifikacje :D

Aha, Mondziorro obroniło pozycję geniusza. Spała w klatce jak zabita i witała sie z każdym napotkanym osobnikiem, który raczył na nia spojrzeć :) A czasem zdarzyło jej się złapać dekielek!

 

Podsumowując? Moje psy są geniuszami. Bije pokłony przed nimi!

 

Oraz wznoszę ręce ku niebu na ich chwałę :P



Nie zdawałam sobie sprawy jak mi brakowało zawodów DCDC :) Wena powiedziała, że też uwielbia, bo spotyka tyle znajomych, którzy ją miziają, że jest wspaniale.
Honda mówi, że chyba tez zacznie jej się podobać, bo ostatnie zawody DCDC na jakich miała okazje być, oglądała z brzucha Weny jako fasolka. Twierdzi, że teraz było fajniej :P

 


Autorom zdjeć z Chorzowa, czyli Alicja Zmysłowska, Katarzyna Góra, Szymon Janik, Ewa Wesołowska, Halina Małozięć, Natalia Matłosz-Świeboda, Anna Cheba, Agnieszka Matejczuk, Marysia Halicka - BARDZO DZIĘKUJĘ :)
I dziękuję Agacie za filmiki!

 

Pełne wyniki: TUTAJ

wtorek, 17 kwietnia 2012
sezon!

Nagle i nieprzewidywalnie czas skurczył się jeszcze bardziej! To może oznaczać tylko jedno - zaczął się sezon ;D

Nie wiem kto normalny cieszy się z braku czasu, ale wiem, że większość frizbowego środowiska już podskakuje z radości na myśl o przełomie kwietnia i maja, kiedy to będzie pierwsze DCDC!

Tymczasem w miniony weekend mieliśmy solidną przedsezonową zaprawę na Latającej Akademii Dog Chow w Gliwicach. Pouczający weekend, mnóstwo nowych doświadczeń, zakwasów, błota, deszczu i wiatru ;D Bardzo fajna atmosfera, strasznie fajni ludzie i porządny poziom zmęczenia spowodował, że poczułam sportowo-psią wiosnę mimo niesprzyjającej pogody.
Bardzo miłym akcentem była forma Pani Wełny, która utrzymuje się też poweekendowo, więc nie była dziełem przypadku.
Dżej pokazał, że umie być myślącym i łapiącym pieskiem, ale pokazał też, że nie umie przeżyć dłuższego pobudzenia w klatce :P
Honda starała się pokazać jak powinien zachowywać się grzeczny piesek. Na dworze i w klatce wychodziło jej całkiem ładnie, gorzej było jak biegała luzem w domku, ale nikt nie jest idealny :P

Za takie oczy można jej wybaczyć pewne niedogodności jej narwanej osobowości ;D

Starała się być godną następczynią swej dzikiej Matki Włóczy!

oraz emanowała genialnością swojej psiej osoby!

 

Za nieziemskie zdjęcia dziękujemy Alicji Zmysłowskiej vel. Wymiataczce Psich Portretów ( KLIK DO WYMIATACZKI )

Aha, Hondzia Mondzia próbowała mi dziś wytłumaczyć, że za długo przebywam przy internecie. Zrobiła to w baaardzo skuteczny sposób, a mianowicie wciągnęła do klatki kabel od internetu i go przepołowiła w strategicznym miejscu.

Mówiłam już, ze gdyby nie to, że jest tak genialna i ma piękną twarz to wyrzuciłabym ją czasem przez okno ?!

Jeszcze trochę i będzie dorosłym mądrym pieseczkiem, oddychaj głęboko, raz, dwa trzy, raz dwa, trzy...... wytrzymam, wytrzymam!

wtorek, 03 kwietnia 2012
UFO :-)

Sezon frisbee możemy uznać za otwarty :-)

Z racji strasznego frizbowego głodu postanowiliśmy zaplanować wypad do Opola na zawody UFO CATCH CONTEST. W zeszłym roku nie udało nam się na nich zjawić, więc trzeba było to naprawić.

Miałam oczywiście ambitne plany treningu przed zawodami, dwa psy do fristajlowania, nawet nie wystartowałam z Weną w ostatnich zawodach agility na wykładzinie właśnie po to, żeby była w formie na to frisbee.
Niestety jak ogólnie wiadomo, rzadko wszystko idzie zgodnie z planem ;-)

Po pierwsze tuż przed zawodami Włócza doświadczyła kobiecej niedyspozycji, ale z racji samiutkiego początku tejże przypadłości otrzymała zgodę na start.
Po drugie tydzień przed zawodami rozpoczął się czas szalonych wichur... W połączeniu z 'nierozrzucaniem się' po zimie dawało to dość marne efekty treningowe... Dokładając do tego poprawki na uczelni i pracę otrzymujemy jedno wielkie nieporozumienie!

W efekcie nie zrobiłam z psami praktycznie NIC konkretnego. Ale Wełna jak to Wełna frisbee łapała. Z Dżejkiem miałam kilka elementów, z których można było zaimprowizować freestyle, więc wio.

Wichury niestety trwały, sobota była podobno mocno ambitna. Jednak w niedziele rano nawet wychodziło słoneczko i nawet wiatr się uspokajał więc byliśmy dobrej myśli. Najpierw throw&catch i pani Wełna. Rozgrzana złapała kilka razy frisbee, obserwowała sobie inne biegające pieski i czekała na uboczu. Wydawało się, że wszystko jest ok.
Wychodzimy, pierwszy rzut – Wełna skacze, łapie i aportuje. Drugi rzut zniosło na prawo – Wena nie łapie, ale zbiera z ziemi i aportuje. No i na tym się kończą nasze zawody.
Wena mówi „ała” i oświadcza, że za frisbee już nie biegnie. Schodzimy, następują oględziny, macanie. Wena wydaje się całkiem normalna, powróciła jej chęć do życia, ale jednak zakulała i po wnikliwym obmacywaniu wszystkich łap typujemy lewy tył jako ten 'nieszczęśliwy'. W międzyczasie Wełna zdążyła się spiąć i zestresować, więc powędrowała do auta i na tym zakończył się jej udział w zawodach :(

Został nam JJ, który na rundzie throw&catch ze mną załapał jeden rzut... Więc już zupełnie na luzie, bez ciśnienia idziemy na freestyle, który okazuje się chyba freestyle'm życia pana JJ'a :D
Wyszło nam wszystko to co nie wychodziło za pierwszym razem na treningach, JJ miał łapalność godną mistrza i wytrzymał kondycyjnie calutki freestyle :-)
Mam nadzieje, że uda się uzyskać skądś filmik, bo sama jestem ciekawa jak to wyszło.

Na razie mamy jedno zdjęcie:

Druga runda już nie była tak owocna, ale w efekcie Dżejko zajął całkiem ładną pozycję 8 w ostatecznym rankingu! A wśród samych fristajli był czwarty ;D

Wczoraj pieski miały przerwe i siedziały grzecznie w domku. Dzisiaj Wełna miała dzień testowy i okazuje się, że rusza się już całkowicie normalnie i nie ma żadnych objawów bólowych w żadnej z łap.
Ehhh, wracamy do trybu jeden dzień wysiłek/jeden dzień rozciąganie i bieżniowanie.

Honda spotkała dwójke swojego rodzeństwa i dobrze się bawiła witając wszystkie ciocie i kilka razy aportując rollerki :-)

Tak więc Wena ostatnio jeździ na zawody, ale na nich nie startuje, taki nowy sport... ;-) Mam nadzieję, że reszta sezonu będzie dla nas szczęśliwsza. Przynajmniej wiemy, że w najbliższym czasie nie przeszkodzi nam jej 'kobieca niedyspozycja', więc możemy szaleć :P

środa, 21 marca 2012
Praca ze szczeniaczkiem?

Praca ze szczeniaczkiem to modny, popularny i dosć ‘kontrowersyjny’ ostatnio temat ;-)

Wiele ludzi stało się świadomymi posiadaczami psa, który był wybierany po to, by w przyszłości czynnie uprawiać sport. Starają się więc mądrze wykorzystać czas, kiedy nasz przyszły mistrz jest szczeniakiem i robią sobie ‘coś tam’ pod kątem przyszłej pracy w konkretnym sporcie.

Stałym elementem tego jest np. podglądanie ‘rówieśników’ i porównywanie rozwoju swojego szczeniaka do ich szczeniaka. Czerpiemy inspiracje z innych filmików, wykorzystujemy pomysły na to co można z papisiem robić i z ciekawością śledzimy rozwój innych przyszłych wymiataczy :-)

Dla mnie temat również jest bardzo ‘na czasie’, bo staram się właśnie jako tako poprowadzić przez początek życia moją czarno-białą potworzycę Hondę.



Mimo woli (bo się przed tym bronię) co jakiś czas porównuję ją do mojego poprzedniego ‘świadomego’ szczeniaczka, czyli Weny. Wena była na tym etapie już ponad 4 lata temu, więc oprócz różnić rozwojowych moich szczeniaków, niesamowicie fascynująca jest różnica w podejściu do początków pracy w sporcie. Różni się moje podejście, różnie się podejście ‘ogólne’ (czyli co ‘opinia publiczna’ uznaje za dobre, a co za złe), różnią się metody, wzorce i „trochę” różni się zasób moich doświadczeń.

Wena w wieku 3. miesięcy miała takie zdjęcia:

Czyli wszystko wg tego jak wtedy uznawało się postępowanie adżilitowe ze szczeniaczkiem :-) Długie proste na niskich tyczkach bądź z tyczkami na ziemi. Tuneliki, szybie bieganie, zmotywowanie pieska i wyrobienie w nim przekonania, ze bieganie ile sił w łapkach jest fajne!

Wszystko ładnie pięknie, ale w wieku 9 miesięcy mój borderek ma zdjęcia nad tyczką tylko niewiele wyższą:

Oznacza to, że przez te 6 miesięcy nie poczynił jakiś zadziwiających sukcesów. Owszem – sekwencje były trochę dłuższe i minimalnie trudniejsze, ale nadal opierało się to na tych samych zasadach: biegniemy ile sił w łapkach, fajnie się bawimy, prawie nie skaczemy ;-)

Czy mój szczeniak musiał więc poznać adżilitowe przeszkody już w wieku 3. miesięcy? NIE.
Myślę, że to co robił między trzecim, a dziewiątym miesiącem życia mógłby zrobić między dziewiątym, a dziesiątym i byłby na tym samym ‘stopniu wtajemniczenia’ ;)
Ale z drugiej strony warto zadać pytanie: czy stała jej się jakaś krzywda? Odpowiedź również brzmi NIE.
Jest obecnie zdrową 5cio letnią suczką, z prostymi łapkami, idealnymi stawami i dużymi możliwościami fizycznymi. Te ‘treningi’ agility opierały się na dobrej zabawie, naszej wzajemnej nauki siebie i pracy ze sobą oraz radości ze wspólnego spędzania czasu :) Może nie miały dużej wartości treningowej (a nawet trochę nam popsuły na dalszej drodze treningów), ale to co się wybawiłyśmy to nasze! Ona czerpała przyjemność z naszych cwiczeń, ja czerpałam radochę z pracowania z moim borderkiem i obie czułyśmy się super.

No dobra, to spójrzmy na ten drugi sport.

Wena w wieku 6. miesięcy miała takie zdjęcia:

A więc robiła rzeczy jak najbardziej odpowiednia dla szczeniaczka w jej wieku wg ówczesnego postrzegania. Wełna ganiała rollerki, zaczynała robić overki, aportowała frisbee, wymieniała na drugie i się przeciągała.
O tak się bawiła: http://www.youtube.com/watch?gl=PL&hl=pl&v=6kDmvqNDVK0

Tak więc tak sobie żyłyśmy, wszyscy nam mówili, że Wena fajnie pracuje, że ładnie, że się fajnie dogadujemy i w ogóle byłam szalenie podekscytowana mając psa, który CHCE pracować i tak fajnie to robi!
Odnośnie frisbee było wtedy również przekonanie, że należy zaczynać wcześnie. Mówiono, że przecież TYLE rzeczy można zrobić jak szczeniaczek jest malutki i później będzie mu łatwiej. Żeby mieć miękkie/małe dyski, żeby nakręcać szczeniaczka na dysk, bo już jako szczeniaczek musi się dowiedzieć, że dysk jest FAJNY!

I pieski, które miały przed sobą frizbową przyszłość bawiły się tak jak należy:

Teraz jest moda na frizbowo-skaczące pieski, więc oczywiście nie powinno się zaczynać wcześnie, bo bez sensu uczyć psa NIE skakać jak potem ma skakać. A wiadomo, że jak pies jest mały to skakać nie może.
No dobra – czyli w sumie piesek mógłby łapać rollery, bo to takie szczeniaczkowe, ale backhandy to już nie, bo to takie dla dorosłych piesków i niebezpieczne!

A więc szczeniaczek łapie rollerka!

Który jest bardzo bezpieczny dla szczeniaczka!

 

Oraz szczeniaczek łapie backhandzik:

Zastanawiające jest, że w sumie to chyba ten rollerek był dla niego bardziej obciążający fizycznie niż ten backhandzik. Przy łapaniu tegoż rollera wbija się w ziemie i ostro hamuje i możemy się tylko domyślać jaka siła działa wtedy na jego stawy i jakie one mają obciążenie.
Natomiast ‘grzeczny’ backhand na malutką odległość spowodował, że szczeniaczek otworzył pysio, złapał frisbee, leciutko wylądował i pobiegł dalej :)

Absolutnie nie wnioskuje o to, żeby rzucać szczeniaczkom backhandy zamiast rollerów, ale myślę, że czasem warto spojrzeć na to co widzimy w bardziej obiektywny sposób.
Sama bardzo często korzystam z rollerów podczas treningów nawet z Weną i pies ma się dobrze. Ale jeśli widzę, że mój szczeniak zabija się łapiąc rollera (bo wymaga to naprawdę dużej koordynacji) to chyba wolę mu rzucić krótki backhand/floater i cieszyć się jego sukcesem :)

 

Tak więc kiedyś panowało przekonanie, ze im wczesniej tym lepiej, bo ‘czym skorupka za młodu…’ ;-)

Na dzień dzisiejszy natomiast przekonanie i moda są trochę inne.

Z  perspektywy pracy ze szczeniakiem.
Spacer socjalizacyjny trwający 4 godziny, gdzie pies przez 4 godziny biega za starszymi pieskami, skacze, zawraca, hamuje, podgryza. Jest zmęczony fizycznie i psychicznie, a po przyjściu do domu pada spać.
To jest dobre – przecież nie robimy z naszym szczeniakiem ‘za dużo’, my go tylko socjalizujemy!
Ale jak poklikam mojemu szczeniaczkowi trudniejszą sztuczkę przez 3 minuty, on się ucieszy, popracuje, trochę pomyśli i oczywiście skończymy sukcesem, gdy maluch nadal ma ochotę – to jest ZŁE! Przecież klikam mu trudną sztuczkę, robię z nim za dużo!

Odnosze wrażenie, że obecnie panuje właśnie moda na to ‘im mniej tym lepiej’ – tzn. dajmy szczeniaczkowi być szczeniaczkiem.
Ogólnie nawet mi się podoba to założenie, ale zawsze zastanawiałam się gdzie jest granica?
Kiedy to „mało” to będzie „za mało” i będziemy mieć braki?
A kiedy to „trochę” staje się „dużo”?

Bardzo uogólniając obecny trend jest chyba lepszy, bo możemy uniknać przeciążania szczeniaków, zbyt dużych wymagań i ryzyka, że ktoś bardzo początkujący ‘zajedzie’ swojego papisia. Jednak z drugiej strony czasem mam wrażenie, że w ten sposób argumentuje się braki w wychowaniu ;-)

Nie przyszedł na zawołanie i od 15 minut ma mnie gdzieś ganiając za psem sąsiada? Spokoooojnie, to jeszcze szczeniaczek nie wymagajmy za dużo, dajmy mu być szczeniakiem!

Od 3 miesięcy nie zaaportował mi żadnej zabawki, gryzie po rękach i skacze na ludzi? Spokooooojnie, to jeszcze szczeniaczek, nie możemy na niego nakładać zbyt dużej presji!

Widząc kogoś ćwiczącego usilnie aport ze swoim szczeniakiem podczas dość długiej sesji gdzie piłki fruwają, szarpaki latają, nawet zęby szczeniaka pojawiają się w powietrzu ;) , jesteśmy w stanie powiedzieć – ok., przecież on pracuje nad podstawami! Podstawy są ważne!

Ale jak ktoś kto ma aportującego szczeniaka, który nie ma problemów z zasadami tej zabawy i pracuje bardzo ładnie, a właściciel zrobi ‘coś więcej’ – np. rzuci szarpaczek nad nogą tak, że szczeniak zrobi swojego pierwszego w życiu overka – to jest złe! Bo to już nie są podstawy!

Nie ważne, że szczeniaczek nr 1 biega 10 minut i miał sukces dwa razy. Szczeniak i właściciel się frustrują i na pieska nakładana jest naprawdę spora presja psychiczna.
Nie ważne, że sesja szczeniaczka nr 2 trwała 3 minuty. Właściciel i piesek byli radośni, piesek odnosił same sukcesy i spotkał się z dużą radością właściciela jak pierwszy raz w życiu skoczył nad nóżką zamiast nad kępką trawy czy nad innym psem.

To nieważne – praca szczeniaczka nr 1 jest w porządku, bo to są podstawy, a praca szczeniaczka nr 2 już nie, bo to nie są podstawy i go zmuszamy do skakania!

Powyższa sytuacja jest czysto hipotetyczna, ale mój obecny szczeniaczek poznał już smak skakania przez nóżkę ;-)

 

Trudno mi opowiedzieć się za jednym, konkretnym schematem postępowania. Odnośnie agility nie chcę powtarzać schematu jakim Wena zaczynała treningi. Odnośnie frisbee staram się z Hondą robić mniej więcej tak samo jak z Weną :-)

Odnośnie całej reszty uważam, ze bardzo ważne jest indywidualne podejście do szczeniaka. Nie wrzucajmy naszego szczeniaka w zbyt trudne warunki/wymagania tylko dlatego, że „Pusia, która również ma 6 miesięcy już to umie”!
Ale z drugiej strony nie przesadzajmy pod argumentem, że „przecież Fafis robi to chętnie i on by tak mógł do upadłego, bo zrobi wszystko o co go poproszę!”. Zrobi? Super! Ciesz się, że masz psa z taką motywacją i kontaktem z Tobą! Tylko, że musimy pamiętać, że psy nie myślą i nie analizują sytuacji tak jak my… Jeśli masz psa, który skacze to rzucaj piłkę/frisbee/szarpak tak żeby było to bezpieczne. Pies skaczący do latających obiektów, biegnąc po odbijającą się piłkę nie pomyśli „oj, teraz się odbiła za wysoko i już jestem troche za blisko – jak skocze to mogę źle upaść i coś sobie zrobić”. Takie pies po prostu skoczy, bo instynkt każe mu dopaść zdobycz.
Pies, którzy lubi jedzonko i klikanie, podczas sesji stania na przednich łapach nie pomyśli: „hmmm, moje stawy i mieśnie chyba jeszcze nie są gotowe na codzienne ćwiczenie stania na przednich łapach. Muszę trochę poczekać, aż będę mieć lepszą koordynację.”. Takie pies po prostu będzie starał się z całych sił, żeby zrobić to czego oczekujesz.

Ja lubię klikać swoim psom różne dziwne rzeczy. Przykładowo – dla mojego obecnego szczeniaczka trudniejszą rzeczą było zostawanie niż aportowanie sznureczka w rozproszeniach przy stadzie biegającyh psów.
Mój szczeniaczek aportuje, przywołuje się, pracuje w rozproszeniach, lubi jedzonko i kontakt ze mną. Ja lubię kontakt z nią, lubie robić coś ze swoimi psami i mam szczeniaczka, który ma zrobione ‘podstawy’. Czy to coś złego, że klikam jej jakieś sztuczki?
Czy jak w 2007 roku rzucałam Wenie rollery i overy to było odpowiednia, a jak w 2012 roku rzucam rollery i overy Hondzie to jest to niedobre?
Oczywiście, że świadomość idzie naprzód, nauczyłam się trochę na swoich błędach, więc… czas nauczyć się na kolejnych :-)
Dopóki mój pies na tym nie cierpi – fajnie, najwyżej czeka nad potem wiecej pracy.

Sama podglądam co robią inni, co robili ze swoimi szczeniakami w danym wieku i jak się to przekłada na obraz ich pracy teraz. Eksperymentuje i cieszę się z kolejnych kroków jakie pokonujemy.
Mój szczeniak w wieku niecałych 7miu miesięcu umie dużo mniej niż mój poprzedni szczeniak w tym samym wieku i jeszcze nie mam pojęcia jak to się przełoży na jej dalsze życie. Mogę szukać powiązań między ilością rzeczy, które umie, a tym jak pracuje, ale musze też pamiętać, że to jednak troche inny szczeniak niż ten poprzedni.

Mogę porównywać mojego szczeniaka na podstawie filmików do innych szczeniaków, ale filmy to tylko ułamek naszego życia. Trzy minuty materiałów wideo sklejone do kupy z muzyczką w tle. Fajnie widzieć styl pracy, czasem urywki metod jakimi ktoś pracuje, ale nie powie nam to co dzieje się na co dzień, poza obiektywem ;-)

Mój szczeniaczek śmiga, aportuje, podskakuje i czyni cuda, ale jakiś miesiąc walczyłyśmy z drogą na nasz spacerowy teren i początkiem spaceru. Zdarzało nam się stać 2 minuty w miejscu jak dwa kołki w oczekiwaniu, aż Honda usiadzie i na mnie spojrzy, ja odepnę ją ze smyczy, a ona poczeka na magiczne słowa „okej!”, podczas gdy wariujące mamuśki Wena & Manta skutecznie odmóżdżały mojego szczeniaczka :P

Dzisiaj ośmiomiesięczny borderek łapiacy backhand budzi mieszane uczucia, ale jeszcze dwa lata temu dziewięciomiesięczny borderek startujący w kategorii Young Dogs budził nasz zachwyt! Przypominam, ze w young’ach również obowiązywała runda toss&fetch :)

Nic nie jest czarne, albo białe (nawet te nieszczęsne borderki są CZARNO-BIAŁE!), ale przynajmniej życie nie jest nudne :-)



poniedziałek, 12 marca 2012
HONDA - the power of dreams :)

 

 

Filmik prezentujący poczyniania półrocznej Hondy. Zaczyna coraz bardziej przypominac mamusię :-)
 

 

 

wtorek, 06 marca 2012
Pół roku za nami!

Jeszcze pamiętam to nieustanne sprawdzanie czy Wena ma już cieczkę, to niedowierzanie i radość jak po mega udanych zawodach frisbee wreszcie już!! Wtedy całe to posiadanie szczeniaczków stało się tak realne, że aż byłam w szoku.
Potem pamiętam spotkanie Simiego na żywo, usg Włócza i ostatnie dni ciąży, które były koszmarnym oczekiwaniem z nieodłącznym pytaniem 'Co jest w środku?!'.
A teraz?
Minęło już ponad pół roku, wow ;o

Czas znów nie pozwala na zrobienie filmiku, może wkrótce. Zaczyna się sezon wyjazdowy, fruwamy to w jedną to w drugą stronę, do tego studia, praca i... półroczny szczeniak ;-)

 

Hondzia nie ma łatwego życia, ale jakoś sobie radzi :P Już jako malutka papisia była zmuszona do dość długiego pozostawania samotnie w klatce, do dzielenia się moją uwagą z dwoma pozostałymi potworami. Niby między wybieganiem dwóch a trzech psów nie ma dużej różnicy, przecież nie raz byliśmy ekipą Wena-Manta-JJ.
Jednak różnica jest, kiedy jeden z tych psów to szczeniak :-)

 

Bo szczeniak nie może 'tego', bo szczeniak nie może 'tamtego'. Bo nie powinien 'tutaj', bo powinien robić 'to'. I tak w kółko :P
Ogólnie nie jest źle i dajemy radę, ale np. zdecydowanie więcej czasu powinnyśmy spędzić na jakimś miejskim socjalu. Niby mieszkamy w mieście, ale jak mam 3 psy do wybiegania to raczej z tego miasta uciekam jak już spędzam z nimi czas ;)


Honda więc bardzo mało 'aktywnie' bywa w mieście. Z reguły śmiga razem ze mną przez miasto, zamknięta w klateczce w samochodzie, żeby jak najszybciej ominąć korki i dojechać na trening/zawody/spacer/itp.
Obawiam się, że mogę tego potem żałować, ale jakoś doba nie chce się rozciągnąć!W związku z trybem życia jaki przyszło jej prowadzić była już chyba CZTERY razy na zawodach agility w ciągu 6. miesięcy życia, ale np. tylko raz jechała pociągiem i tylko kilka razy tramwajem i autobusem :P

Wiosna, słoneczko, dłużej jasno i te sprawy... Korzystamy z każdej okazji, żeby wyspacerować się w pieknych okolicznościach przyrody:

A nie w środku miasta, gdzie każdy gdzieś się spieszy...

No, ale żeby trochę nadrobić mój miejsko-wiejski burek w nastepny weekend wyruszy na podróż pociągiem i będzie to jej pierwsza taka podróż bez swoich dwóch matek przy boku :P

 

Chciałam też dodać, że w ciągu półrocznego życia Honda pokazała, że moje główne zmartwienia dotyczącego tego 'jaka będzie' poszły już w niepamięć, wiec zaczęłam sobie znajdować nowe ;D

Zawsze jest coś czym można się pomartwić! Teraz jestem na etapie 'Jak już jest taka pod względem psychicznym jaka być miała, to na pewno nie będzie całkiem zdrowa'. Na szczęście Honda nie słyszy moich obaw i żyje szczęśliwie i w całości ;)
Aha, nadal drze mordę ;D

 

A Wena chyba wraca do normy :-)

Pogoda wzywa nas na frisbee!!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 25
Odwiedziło nas: osób.